Czy godziny spędzone przed ekranem mogą pomóc w karierze prawdziwego kierowcy wyścigowego? Okazuje się, iż tak, choć przejście z wirtualnego kokpitu do prawdziwego samochodu nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Swoimi doświadczeniami podzielili się Nick Tandy, zwycięzca 24-godzinnego wyścigu Le Mans, oraz Joshua Rogers, trzykrotny mistrz świata iRacing.
Obaj znają motorsport z dwóch stron. Tandy przez lata rywalizował na prawdziwych torach, natomiast Rogers zbudował swoją pozycję w świecie simracingu, a następnie zaczął startować również w realnych zawodach. Ich wnioski są interesujące, zwłaszcza iż nie wszystko wygląda tak, jak moglibyśmy się spodziewać.
Simracing uczy więcej, niż mogłoby się wydawać
Według Nicka Tandy’ego dobry kierowca symulatorowy ma potencjał, by odnaleźć się także w prawdziwym samochodzie. najważniejsze są jednak talent, zaangażowanie i gotowość do ciągłego doskonalenia umiejętności. Sam fakt, iż ktoś dobrze radzi sobie w grze wyścigowej, nie gwarantuje sukcesu na torze.
Joshua Rogers zwraca uwagę na różnicę między zwykłą grą obsługiwaną kontrolerem a zaawansowanym symulatorem z kierownicą i pedałami. Jeszcze większym wyzwaniem jest przesiadka do prawdziwego samochodu.
W symulatorze można nauczyć się toru, szukać optymalnego toru jazdy, analizować zachowanie auta i ćwiczyć powtarzalność. W prawdziwym samochodzie dochodzą jednak bodźce, których ekran nie jest w stanie w pełni oddać. Kierowca odczuwa przeciążenia, temperaturę, wibracje i fizyczne reakcje pojazdu.
Rogers przyznaje, iż wiele umiejętności zdobytych w symulatorze przydało mu się na torze. Musiał jednak nauczyć się interpretować dodatkowe sygnały i wykorzystywać je podczas jazdy. Jak zauważa, łatwiej dodać nowe bodźce do tego, co już znamy, niż przesiąść się z prawdziwego samochodu do symulatora, w którym części tych odczuć po prostu brakuje.

Prawdziwy samochód czy symulator? Co bardziej stresuje?
Najbardziej zaskakujący wniosek dotyczy stresu. Choć prawdziwe wyścigi wiążą się z fizycznym ryzykiem, obaj kierowcy przyznają, iż większą presję potrafią odczuwać podczas rywalizacji wirtualnej.
Dla Tandy’ego jazda prawdziwym samochodem jest naturalnym środowiskiem. Symulator stanowił natomiast zupełnie inne wyzwanie, mimo iż osiągnął w nim przyzwoity poziom. Kierowca wspomina nawet, iż podczas wirtualnego ścigania pocił się bardziej niż w prawdziwym samochodzie wyścigowym, mimo klimatyzowanego pomieszczenia.
Rogers ma podobne odczucia. Na torze może skupić się na prowadzeniu samochodu i sytuacji wokół niego. Podczas zawodów simracingowych presję potęguje natomiast otoczenie: publiczność, fotografowie i ludzie rozpraszający uwagę zawodników.
Nie oznacza to oczywiście, iż prawdziwe wyścigi są łatwiejsze lub mniej wymagające. Chodzi raczej o to, iż każdy z tych światów stawia przed kierowcą inne wyzwania, a poczucie komfortu zależy również od doświadczenia i przyzwyczajeń.
W symulatorze można przetestować wiele wariantów
Rogers wykorzystuje simracing również do przygotowania się do startów na prawdziwym torze. Nie chodzi mu wyłącznie o uzyskiwanie jak najlepszych czasów okrążeń. Symulator pozwala mu sprawdzać różne linie przejazdu i zachowanie samochodu w zakrętach, zanim wypróbuje wybrane rozwiązania w rzeczywistości.
Jak wyjaśnia, w wirtualnym środowisku może przetestować kilkanaście wariantów pokonania jednego zakrętu. Następnie wybiera te, które mają sens, i sprawdza je podczas jazdy prawdziwym samochodem. To oszczędza czas i pozwala eksperymentować bez konieczności wykonywania każdej próby na torze.
Istotna jest też nauka zarządzania ruchem. Tandy, mający doświadczenie w wyścigach długodystansowych, pomógł Rogersowi zrozumieć, jak ustępować szybszym samochodom, nie tracąc przy tym własnej linii jazdy i nie narażając się na niepotrzebne straty.
To pokazuje, iż simracing nie musi być jedynie cyfrową rozrywką. Przy odpowiednim sprzęcie i realistycznym oprogramowaniu może stanowić narzędzie treningowe, choć nie zastąpi wszystkich doświadczeń zdobywanych za kierownicą prawdziwego auta.

Porsche chce przenieść kolejnych zawodników z ekranu na tor
Porsche rozwija również programy, które mają pomóc utalentowanym simracerom rozpocząć karierę w realnym motorsporcie. W ramach selekcji związanej z Porsche Esports Supercup choćby pięciu zawodników ma zostać zaproszonych na ocenę umiejętności w Kolonii. Maksymalnie dwóch przejdzie do testów na torze, a zwycięzca otrzyma wsparcie Porsche Motorsport w startach w jednej z markowych serii wyścigowych w 2027 roku.
Przykład Rogersa pokazuje, iż taka droga jest możliwa, choć nie oznacza automatycznego sukcesu. w okresie 2026 kierowca startował w Porsche Carwow Sprint Challenge GB. Wygrał trzy wyścigi na Silverstone, a zwycięstwo w finałowej rundzie pozwoliło mu zakończyć sezon z niewielką stratą do mistrzowskiego tytułu — zabrakło mu pięciu punktów.
Czy więc simracing może zastąpić tradycyjne treningi? Nie. Może jednak pomóc w nauce torów, analizie jazdy, zarządzaniu ruchem i zachowaniu spokoju pod presją. Prawdziwy samochód przez cały czas wymaga przyzwyczajenia się do przeciążeń i bodźców, których nie da się w pełni odtworzyć na ekranie.
Jak pokazują doświadczenia Tandy’ego i Rogersa, oba światy mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. A największa różnica? Nie zawsze jest nią prędkość czy ryzyko. Czasem okazuje się, iż to właśnie w bezpiecznym, wirtualnym kokpicie kierowca odczuwa większą presję.














