Pół wieku temu w „Motorze” – przeglądamy wydanie nr 32 z 1976 r.

9 godzin temu

W numerze 31 „Motoru” z 1976 r.: nowy Ford Fiesta, kradzieże samochodów w Polsce i głośniki w zagłówkach.

Okładka numeru z 8 sierpnia 1976 roku mogła przywodzić na myśl czasopismo modowe:

Jak złodziej szuka frajera, czyli o kradzieżach samochodów

W prasowych kronikach sądowych co pewien czas relacjonowane są procesy złodziei samochodów, którzy działają indywidualnie bądź w grupach przestępczych. Każda taka informacja sprawia ulgę tym wszystkim, co pozostawiają na ulicy większą część swoich majętności w postaci pojazdu. Rzadko jednak uświadamiamy sobie, iż nim sprawcy kradzieży samochodu zostaną wykryci i ujęci, zajmujący się tymi sprawami funkcjonariusze MO muszą się dobrze natrudzić, wykazać wiele pomysłowości, żmudnie, przez długi czas obserwować giełdy, środowiska przestępcze, parkingi pod kinami i teatrami, nielegalne warsztaty samochodowe.

Ba, iż mają w zanadrzu jeszcze i inne sposoby wykrywania przestępstw, sposób których nie zwykło się ujawniać.

Kiedy jednak w Komendzie Stołecznej MO rozmawialiśmy z ludźmi, których codziennym zajęciem jest tropienie złodziei samochodów, nie było mowy o braku uznania ze strony tych zmotoryzowanych, którym zwrócono ICH pojazdy. Funkcjonariusze MO wielokrotnie natomiast podkreślali życzenie pod adresem wszystkich posiadaczy samochodów: aby należycie zabezpieczali swoje wozy, nie pozostawiali w nich cennych przedmiotów oraz aby nie kupowali pojazdów bez skrupulatnej kontroli dokumentów zbywającego.

GINĄ SAMOCHODY...

Jak wynika z praktyki milicyjnej większość, i to zdecydowana, kradzieży samochodów ma charakter uprowadzenia. Chodzi tylko o to, aby mieć pojazd na przejażdżkę, jakąś ekstra podróż, rzadziej — aby przy tej okazji okraść wnętrze. Po krótkim więc okresie użytkowania przez uprowadzającego samochód taki zostaje porzucony. Czasem wprawdzie rozszabrowany czy rozbity (sprawcy nierzadko bywają pijani), ale gwałtownie wraca do właściciela.

Liczba takich właśnie uprowadzeń jest stosunkowo duża i wykazuje tendencje zwyżkowe. Uprowadzający, często małoletni, nie szukają zwykle daleko, biorą pierwszy pojazd, który im się nadarzy, pod warunkiem, iż nie natrafią na zbyt duże trudności w uruchomieniu. I dlatego tak ważne i cenne są wszelkie zabezpieczenia. Każde z nich skutecznie chroni chociażby dlatego, że... obok stoi wiele innych samochodów, do których nic nie broni dostępu. Najczęściej uprowadzane są Syreny, Warszawy i Żuki, rzadziej Polskie Fiaty 125p, szczególnie model z blokadą kierownicy.

Tylko niewielki odsetek (5–10%) samochodów, które giną właścicielom, zostaje ukradziony z myślą o sprzedaży dzięki sfałszowanych dokumentów. Ale i w tych przypadkach złodzieje, choć bywają „fachowcami”, kiedy szczerością zeznań chcą zyskać przychylność organów ścigania, stwierdzają zgodnie, iż wybierając pojazd do kradzieży unikają wszelkich utrudnień. Działają w atmosferze pośpiechu i nie mogą sobie pozwolić na walkę z jakimś tam zabezpieczeniem, czy tracenie czasu w szukanie prądu, którego brak powoduje ukryty wyłącznik w instalacji. Głównym obiektem kradzieży „na sprzedaż” bywa PF 125p.

Stosunkowo najłatwiejsze do wykrycia są kradzieże na tzw. podmianę. Chodzi tu o realizację zamówień posiadaczy rzadkich marek samochodów zagranicznych, w których została uszkodzona jakaś część. Za taką część dostarczoną „okazyjnie” nierozważny właściciel gotów jest zapłacić znaczną kwotę. Transakcje takie miewają smutne epilogi. Nie tylko przepada rzecz nabyta z kradzieży, ale z tytułu paserstwa grożą konsekwencje prawne. Kary są poważne i dlatego unikajmy zakupu części, które mogą pochodzić z kradzieży. Ta sama zasada obowiązuje przy pojazdach składanych z części — właściciel musi udokumentować je rachunkami, umowami lub dokładnie wskazać źródło pochodzenia.

Wychodząc „na chwilę”, kierowca pozostawił kluczyki w stacyjce. Nietrzeźwy amator przejażdżki, nim został zatrzymany w takiej oto sytuacji, uszkodził po drodze kilka samochodów osobowych. fot. Motor

JAK NIE ZOSTAĆ FRAJEREM

Skradziony pojazd złodziej chce jak najszybciej sprzedać. To zrozumiałe. I dlatego chwyta się różnych metod, aby znaleźć kupca-frajera. Niezbyt chętnie więc wjeżdża na giełdę, woli pozostawić pojazd przed nią i tam sprowadzić zainteresowanych, których znajdzie na giełdzie. Zachęta jest obniżona, zwykle o 10 tys. zł, cena. Czasem, aby tę zniżkę uzasadnić, złodziej celowo obciera czy wgniata gdzieś nadwozie, aby potem sprzedawać „atrakcyjny” samochód po znacznie niższej cenie, gdyż „niestety” nie ma czasu w naprawienie.

Oczywiście, aby sprzedaż w ogóle była możliwa, niezbędne dla złodzieja są dokumenty. Zaopatruje się więc w jakiś skradziony dowód rejestracyjny i ewentualnie dowód osobisty, które okazuje nabywcy.

Oprócz więc wskazanej ostrożności, przy nabywaniu okazyjnych samochodów należy również sprawdzić, czy:

  • dowód rejestracyjny nie nosi cech fałszerstwa (np. inny kolor po kąpieli chemicznej, usuwającej napisy) i zapisy są oryginalne;
  • zapis w dowodzie rejestracyjnym jest zgodny z numerami podwozia i silnika (wybitymi, nie na tabliczce znamionowej) i numery te są fabryczne (czy nie widać śladów szlifowania?);
  • dane w dowodzie osobistym (fotografia, wiek) pokrywają się z danymi w prawie jazdy, które warto też zobaczyć;
  • do dowodu rejestracyjnego załączone są kwity opłat rejestracyjnej i PZU.

Równocześnie warto przyjąć zasadę, iż pojazd kupujemy tylko od właściciela, a nie od handlarzy lub pośredników i we wszystkich wątpliwych przypadkach prosimy jakiegoś funkcjonariusza MO o pomoc w kontroli dokumentów.

Czujność jest niezbędna, gdyż zgodnie z prawem skradziony pojazd wraca do właściciela, a niefortunny nabywca może dochodzić wprawdzie od złodzieja straconą kwotę (jakże często wieloletnie oszczędności!), nie musimy jednak tłumaczyć, jakie ma realne szanse na wyegzekwowanie swoich pieniędzy od przestępcy, który siedzi w więzieniu i jest obciążony zwykle niejedną kradzieżą...

Piszemy, wydawać by się mogło, o rzeczach oczywistych, ale funkcjonariusze MO znają aż nazbyt wiele przykładów, kiedy ludzie skądinąd wykształceni i w interesach biegli omamieni możliwością „okazji” nabywali samochody z bardzo widocznie sfałszowanymi dokumentami albo oceniali model zagranicznego wozu po blaszanym znaczku na bagażniku.

STRZEŻONEGO...

Wspomnieliśmy już, iż każde, choćby najprostsze urządzenie zabezpieczające zniechęca i odstrasza złodziei, którzy mają wybór samochodów, jakby na nich czekających. A okazja, zgodnie z porzekadłem, czyni złodzieja. Dlatego naprawdę warto swój pojazd zabezpieczyć. Na rynku dostępne są zarówno urządzenia mechaniczne (np. metalowe drążki spinające kierownicę z pedałem sprzęgła lub dźwignią zmiany biegów), jak i elektroniczne, można zresztą i samemu w instalacji elektrycznej ukryć wyłącznik.

Zawsze też zabierajmy z samochodu dokumenty, a kiedy jesteśmy w podróży i mamy w środku bagaż — korzystajmy ze strzeżonych parkingów. Złodzieje chętnie „obrabiają” zamiejscowe samochody. Przezorny właściciel powinien też zanotować sobie numery opon, radioodbiornika, a także niektórych elementów samochodu, jak np. skrzyni biegów czy tylnego mostu.

Na koniec — sprawa bardzo ważna. jeżeli zginie wam samochód — jak najszybciej zaalarmujcie milicję. W miastach, gdzie pogotowie milicyjne i służba ruchu są zradiofonizowane, po szybkim alarmie złodziej praktycznie nie ma szans na ucieczkę i ukrycie pojazdu. Działajmy więc bezzwłocznie!

FIESTA – JUŻ! NOWY OPEL – ZA ROK

Wprawdzie oficjalny początek sprzedaży tego wozu nastąpi ma dopiero w połowie września, ale już dziś Ford zdecydował się na publikację szeregu istotnych danych określających dość dokładnie nowy samochód. Model ten nie zagraża żadnemu innemu z istniejącej gamy tej firmy, dlatego też można się było zdecydować na „przyspieszoną”, rozciągniętą w czasie prezentację wozu...

Samochód Fiesta produkowany ma być aż w trzech wytwórniach – w Hiszpanii pod Walencją, w Saarlouis w RFN oraz w Wielkiej Brytanii. Z tej ostatniej fabryki zaopatrywany ma być eksport do USA. Większość produkcji hiszpańskiej również kierowana będzie nie na potrzeby krajowe, ale do wszystkich państw Europy.

Ford Fiesta. Czy będzie to najlepszy, najtrwalszy i najmniej pracochłonny w obsłudze samochód klasy „1 litr – 3,5 metra”? fot. Motor/Ford

„W porozumieniu z konkurentami?”

O ile produkcja nowego wozu odbywać się będzie w trzech zakładach, to jego konstrukcja jest dziełem tylko jednej wytwórni – zakładów Forda w Kolonii. Dlatego może właśnie samochód ten ma wszelkie szanse zdobycia jednej z czołowych pozycji w klasie wozów „1 litr – 3,5 metra”. Fakt, iż ukazuje się tak późno raczej w tym pomaga, a nie przeszkadza. Można przecież było dokładnie obejrzeć, zbadać, rozebrać do ostatniej śrubki wszystkich najważniejszych konkurentów, od Renault R 5 począwszy, poprzez Hondę Civic, VW Polo, na Fiacie 127 skończywszy.

Fiesta jest ciut, ciut dłuższa niż inne wozy tej grupy, ma bowiem 3,56 m. Miejsce w środku wykorzystano naprawdę do maksimum, oczywiście dzięki poprzecznie umieszczonemu silnikowi. Na siedzeniu tylnym może względnie wygodnie siedzieć osoba dorosła choćby wtedy, gdy przód nie znajduje się kierowca o wzroście 1,9 m. Bagażnik z konieczności nie jest zbyt obszerny, tym bardziej, iż linia klapy tylnej jest dość mocno pochylona ku przodowi.

Ze względu na rozłożenie mas zdecydowano się na schowek na zapasowe koło pod podłogą bagażnika. Obok koła znalazło się miejsce na schowek o pojemności 50 dmł; bagażnik adekwatny mieści 300 dmł, a po rozłożeniu oparcia siedzenia tylnego choćby 1200 dmł.

Do napędu samochodu służy silnik czterocylindrowy o trzech tylko łożyskach głównych (zdecydowano się na takie rozwiązanie po to, by do minimum zmniejszyć tarcie). Pojemność skokowa wynosi bądź to 957 cmł (moc 40 względnie 45 KM), bądź też 1117 cmł, kiedy to moc wzrasta do 53 KM. Prędkość maksymalna tych trzech modeli wynosi od 130, poprzez 137 do 145 km/h. Samochody kierowane do USA mieć będą silnik o pojemności 1600 cmł produkcji brytyjskiej.

Klapa tylna odchylona jest daleko ku górze i podtrzymywana przez dwie sprężyny. Sięga ona aż po zderzak, co ułatwia wkładanie cięższych przedmiotów. fot. Motor/Ford

Uproszczona obsługa

Przy konstrukcji modelu Fiesta starano się jak najbardziej uprościć obsługę. I tak np. wymiana silnika trwa tylko 1,2 godziny, zaś sprawdzenie stanu klocków hamulcowych czy też nakładek szczęk tylnych hamulców bębnowych zaledwie parę minut, nie trzeba bowiem wcale zdejmować do tej czynności kół – przewidziano w nich odpowiednie otwory trafiające na otwory w bębnach. Cały układ wydechowy wymienić można po odkręceniu jednego tylko złącza śrubowego. Tablica przyrządów daje się wyjąć po odkręceniu trzech śrub. Prezes zakładów Forda w Kolonii oświadczył, iż Fiesta to samochód o prawdopodobnie najniższych kosztach napraw, konserwacji i obsługi!

Interesujące, iż w tej nowej konstrukcji zdecydowano się na oś sztywną z tyłu. Oczywiście nie jest to oś napędzana, o bardzo dużej masie nieresorowanej, ale zawsze! Działa ona na sprężyny śrubowe i amortyzatory teleskopowe, a prowadzona jest przez dwa drążki podłużne i poprzeczny drążek Panharda. Z przodu typowe dla Forda rozwiązanie – zawieszenie na zwrotnicach kolumnowych, również ze sprężynami śrubowymi. W układzie kierowniczym przewidziano mechanizm zębatkowy.

Silnik ustawiony jest poprzecznie w prawym przednim rogu nadwozia, połączona z nim skrzynia przekładniowa dysponuje czterema przełożeniami do jazdy w przód. Przyjęty układ narzuca użycie półosi nierównej długości, a więc systemu znanego już od kilkunastu lat. Podkreślić trzeba, iż wzorem VW, Fiesta ma ujemny promień zataczania, co zwiększa stateczność podczas hamowania jak również w krytycznych przypadkach np. pęknięcia przedniej dętki.

Sylwetka wozu przypomina inne rozwiązanie tej klasy, różni się wszakże od nich dość nisko przebiegającą linią okien bocznych. Już w wersji standardowej, o najprostszym wyposażeniu, samochód otrzymuje klejoną szybę przednią i podgrzewaną szybę tylną.

Ogólnie przewidziano aż cztery stopnie zróżnicowania wyposażenia wewnętrznego.

Tak więc tylko Opel daje jeszcze na siebie czekać w klasie „masowego samochodu europejskiego”, ale prace nad prototypami idą pełną parą!

Nowocześnie ukształtowana tablica przyrządów, dźwigienki sterowania pod kierownicą (typu „bezpiecznego”), dźwignia zmiany biegów na podłodze. Zwraca uwagę duża półka po prawej stronie wozu. fot. Motor/Ford

MUZYKA Z ZAGŁÓWKA

Pomysł, który przedstawiamy na zdjęciu ma już podobno ponad 50 lat. Do tej pory jednak nie został szerzej wykorzystany. Trzeba było dopiero odwagi jednego z największych na świecie producentów siedzeń sportowych do samochodów, firmy Recaro, by wreszcie coś takiego ukazało się na rynku. Przed wielu laty projektantom nie śniło się oczywiście o stereofonii, było to pojęcie nieznane. w tej chwili w zagłówku, będącym w coraz większej ilości państw wyposażeniem obowiązkowym, pomieścić można z łatwością dwa zminiaturyzowane czteroomowe głośniki i... słuchać audycji lub nagrań stereofonicznych przy jeździe choćby z wysoką prędkością. Warto podkreślić, iż oprócz firmy Recaro w przedsięwzięciu zaangażowana jest również jedna z największych wytwórni radioodbiorników samochodowych – Blaupunkt. Ona właśnie opracowała głośniki i dodatkowy filtr akustyczny mający za zadanie polepszyć odbiór wysokich i średnich częstotliwości.

Głośniki tuż przy uszach. Zagłówek firmy Recaro spełnia nie tylko rolę zabezpieczenia kręgów szyjnych przed złamaniem, ale również umożliwia montaż głośników stereofonicznych. Wszystko co dobre jest wszakże drogie. fot. Recaro/Motor

W zagłówku należało oczywiście uwzględnić przepisy bezpieczeństwa. Nie było to łatwe, ale drogą specjalnego ukształtowania podstawy zagłówka i odpowiedniego doboru materiału tłumiącego siłę uderzenia głową uzyskano konstrukcję spełniającą wymogi wszystkich dotychczas znanych w tym względzie przepisów.

Pierwsze próby z zagłówkami typu Recaro wykazują, iż odbiór audycji stereofonicznych jest zupełnie poprawny, choćby wtedy, gdy nie opiera się głowy o zagłówek. Słyszalne są również doskonale sygnały dźwiękowe wydawane przez inne pojazdy. Gdy zaś z głośniczków płynie jakaś ważna wiadomość o stanie dróg czy tworzących się korkach na autostradach kierowca ma możliwość odchylenia głowy do tyłu by w ten sposób błyskawicznie, bez konieczności sięgania do potencjometru polepszyć jeszcze bardziej słyszalność. Pewne zastrzeżenia może natomiast wzbudzać instalowanie dwóch takich zagłówków, w wersji standardowej, na dwóch przednich siedzeniach samochodu. Wówczas bowiem głośnik „basowy” sąsiadować będzie niemal bezpośrednio z głośnikiem tonów wysokich. Może lepiej więc byłoby odejść od utartego kanonu stereofonii i jednemu ze słuchaczy na przednich siedzeniach zaproponować stereofonię „w lustrzanym odbiciu”. Innymi słowy głośniki zewnętrzne, bliższe ścian bocznych nadwozia przenosiłyby np. dźwięki wysokie, a te położone bliżej siebie dźwięki niskie.

Poważną zaletą nowego rozwiązania jest mała odległość pomiędzy głośnikiem a uchem. Pozwala to obniżyć natężenie dźwięku we wnętrzu samochodu a to zawsze jest korzystne niezależnie od tego czy chodzi o hałas czy muzykę. Oczywista wada natomiast jest wysoki koszt instalacji 170 DM za zestaw do jednego tylko zagłówka.

KTÓRY KOLOR NAPRAWDĘ BEZPIECZNY?

Też pytanie! Wiadomo, iż ten, który najłatwiej się postrzega! Np. biały. Ostrożnie, ostrożnie. A biały kolor na tle ośnieżonej jezdni też postrzega się łatwo? Widzimy więc, iż wiele zależy również od tła. A tło nie zawsze bywa szare, choć taki kolor ma prawie 25% dróg. Natomiast 70% nawierzchni drogowych jest zdecydowanie ciemne, reszta to nawierzchnie jasne. Jest więc to wyraźna wskazówka, iż kolor biały ma jednak, poza okresem zimowym, największe znaczenie dla bezpieczeństwa jazdy. Czy przypuszczenie to potwierdzają badania przeprowadzone w bardziej naukowy sposób? Okazuje się, iż tak. Firma Daimler Benz przeprowadziła takie badania porównując różne kolory lakierów samochodowych z czystą bielą. Porównywano oczywiście zdolność odbijania światła od powierzchni lakierowanej, gdyż to właśnie decyduje o tym czy łatwo dostrzegamy samochód zbliżający się, czy też nie.

Za pomocą skomplikowanej aparatury połączonej z małą maszyną cyfrową ustalono skalę barw, przy czym na jej czoło wysunęła się, tak jak przypuszczano, barwa biała. W porównaniu z tlenkiem magnezu przyjętym za 100% wskaźnik postrzegalności dla barwy białej wynosi 88%, zaś dla następnej w kolejce, jasnej kości słoniowej 77%. Kolor żółty legitymował się wskaźnikiem 70%, modna w tej chwili u nas barwa „sahara” – tylko 50%, a czerwień sygnałowa choćby 38%. Wszystko to stanowi jeszcze jakiś wynik przy 8% dla barwy niebieskiej, 5% dla barwy czarnej i zaledwie 4% dla barwy ciemnoniebieskiej!

Z badań wynika również, że, teoretycznie, bardzo dobre wyniki powinna dawać barwa zielona, gdyż oko ludzkie właśnie w tym obszarze widma barwnego odznacza się szczególnie wysoką wrażliwością. Niestety, gdy przychodzi do porównywania postrzegalności barwa zielona wypada słabo, gdyż często przecież mamy do czynienia z zielonym tłem. jeżeli więc już zieleń – to wpadająca w kolor żółty.

Nie ma sposobu na to by samochód pomalowany na całej swej powierzchni na jeden tylko kolor dawał dobre wyniki postrzegalności we wszystkich warunkach. Pisaliśmy już, iż jedynym rozwiązaniem jest... użycie dwóch kolorów do lakierowania jednego nadwozia. Kiedyś tak robiono, dziś lakierowanie dwubarwne wyszło raczej z mody. jeżeli nie liczyć domorosłych myślicieli przemalowujących przody swych samochodów na kolor matowo-czarny. Chyba tylko po to by jak najbardziej zwiększyć szanse na rozstanie się z tym światem. Miejmy nadzieję, iż chodzi po zapłaceniu rat za samochód. Niechaj chociaż żyranci mają spokój...

Samochód pomalowany na siedem kolorów służy do porównywania postrzegalności różnych barw. Cóż z tego, iż barwy jasne są bezpieczniejsze. Publiczność nie zawsze je wybiera. fot. Motor

Wszystkie ilustracje pochodzą z archiwalnego „Motoru” nr 32/1976.

Idź do oryginalnego materiału