Wojsko zakazuje wjazdu Volvo, bo to „chiński szpieg”. Zamiast cyberbezpieczeństwa dostaniemy paraliż pod cmentarzem

14 godzin temu

Kilka dni temu Dominik podrzucił mi krótki artykuł opublikowany na lokalnym portalu samorządowym wroclaw.pl, dotyczący obostrzeń wobec zmotoryzowanych, którzy na dzień Wszystkich Świętych zechcą zaparkować na zwyczajowo corocznie udostępnianym przez Wojsko parkingu na terenie Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych we Wrocławiu. W pierwszej chwili pomyślałem „eee-tam”, a potem to przeczytałem, zacząłem myśleć, łączyć kropki. I złapałem się za głowę.

Sztab Generalny Wojska Polskiego postanowił rozwiązać problem współczesnego szpiegostwa motoryzacyjnego na wrocławskim parkingu przy cmentarzu. Efekt? Szwedzkie auta zrównano z chińskimi markami-widmami, czujniki cofania z kamerami wywiadowczymi, a cała operacja zamiast realnej ochrony bazy przyniesie komunikacyjny armagedon.

Zbliżający się dzień Wszystkich Świętych we Wrocławiu przynosi co roku ten sam obrazek: potężne zatory na dojazdach do Cmentarza Osobowickiego i gest dowództwa pobliskiego Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych, które udostępnia kierowcom swój plac manewrowy. W tym roku wjazd na teren jednostki przy ulicy Obornickiej przestaje być jednak zwykłym parkowaniem, a staje się kuriozalnym poligonem wojskowych procedur, które – delikatnie mówiąc – przygotowano chyba bez wyobraźni.

Zgodnie z decyzją Sztabu Generalnego WP na teren jednostki nie wjadą samochody wyprodukowane w Rosji, na Białorusi, w Chinach, a także długa lista marek z Państwa Środka. Wśród nich znalazła się jedna, absolutnie kluczowa pozycja: „VOLVO (wyprodukowane od 2010 r.)”.

Państwo w stanie schizofrenii: radiowóz wrogiem armii

Data graniczna nie jest przypadkowa – to właśnie w 2010 roku amerykański Ford sprzedał swoje udziały w marce Volvo chińskiemu koncernowi Geely. Dla wojskowych decydentów stało się to wystarczającym powodem, by po szesnastu latach od transakcji uznać każde współczesne szwedzkie auto za potencjalne narzędzie obcego wywiadu.

Tu dochodzimy do pierwszego, fundamentalnego pęknięcia w logice państwa. Na początku tego roku Komenda Główna Policji z dumą chwaliła się wdrożeniem do służby nowej floty nieoznakowanych radiowozów Volvo V60 i XC90. Funkcjonariusze policji, którzy 1 listopada będą zabezpieczać ruch i dbać o porządek pod cmentarzami, formalnie poruszają się pojazdami, które według polskiej armii stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa jednostki saperskiej.

Jeśli systemy pokładowe i telemetria Volvo rzeczywiście stanowią bezpośrednie zagrożenie kontrwywiadowcze, to dlaczego formacja odpowiedzialna za bezpieczeństwo wewnętrzne kraju jeździ nimi na co dzień, a wojskowi generałowie nie zakazali parkowania tych aut pod gmachem MON przy ulicy Klonowej w Warszawie? To nie koniec absurdów.

Volvo w polskiej Policji. Pierwsze radiowozy bez „kagańca” ruszają na drogi

Samochód z Karoliny Południowej chińskim zagrożeniem

Konstrukcja zakazu obnaża kompletny brak zrozumienia globalnych łańcuchów produkcyjnych. Sztab Generalny nie patrzył na fabryki – stworzył filtr oparty na strukturze właścicielskiej.

W efekcie żołnierz na bramie ma obowiązek odesłać z kwitkiem kierowcę Volvo S60, które zostało wyprodukowane w amerykańskim Ridgeville w Karolinie Południowej. Auto zmontowane przez amerykańskich robotników, na amerykańskich podzespołach, z numerem VIN zaczynającym się od cyfry oznaczającej USA, legalnie parkujące (gdy jest prowadzone przez upoważnioną osobę) na parkingu wewnętrznym samego Pentagonu, we Wrocławiu staje się „chińskim wektorem zagrożenia”. Tymczasem dokładnie tym samym modelem – lub nowym, elektrycznym EX90 z tej samej fabryki – amerykańscy pracownicy bez przeszkód wjeżdżają na parkingi Pentagonu czy baz US Army.

Równie absurdalnie wygląda selekcja po numerach WMI (kod VIN z literą „L” na początku, co oznacza kraj produkcji Chiny):

  • Tesla Model Y wyprodukowana w podberlińskiej fabryce w Grünheide wjedzie na parking bez problemu,
  • Identyczna technologicznie Tesla z Giga Shanghai zostanie zatrzymana na bramie,
  • Tesla Model 3 jest produkowana we Fremont i Gigafactory Shanghai, na nasz rynek trafiają oficjalnie wyłącznie te drugie, zatem… nie wjadą.
  • Pod cmentarz nie wjedzie ani miejska Dacia Spring poprzedniej generacji, ani elektryczne BMW iX3 poprzedniej generacji, bo oba te modele europejskich marek zjeżdżały z chińskich linii montażowych. Nie dotyczy to już najnowszego iX3 (produkowany w Debreczynie na Węgrzech od końca 2025 roku), czy najnowszej Dacii Spring (produkowana w Novo Mesto w Słowenii), ale ją kupimy dopiero w 2027 roku.

Nowa Dacia Spring wreszcie staje się autem. Produkcja w Europie, bateria LFP i 18 cm więcej szerokości [galeria]

Teatr bezpieczeństwa i sonar w zderzaku

Najbardziej uderzający dowód na techniczną indolencję twórców tych przepisów kryje się w komunikacie wrocławskiego magistratu. Czytamy w nim, iż w pozostałych pojazdach „trzeba będzie też zdemontować albo zasłonić kamery, czujniki parkowania i inne rejestratory obrazu”. Tak. Dobrze czytacie. Czujniki parkowania!

Uznanie ultradźwiękowych czujników parkowania za urządzenia rejestrujące obraz zasługuje na miano technologiczno-motoryzacyjnego żartu roku. Piezoelektryczny przetwornik w zderzaku emituje fale dźwiękowe, by zmierzyć odległość od krawężnika – nie ma matrycy, nie ma obiektywu i nie rejestruje tajemnic jednostki chemicznej. Owszem, ultradźwiękami jak najbardziej da się infiltrować rzeczywistość, ale sensory w zderzakach co najwyżej rozpoznają słupek parkingowy odległy o 20 cm od zderzaka, a nie skład broni w odległości 100 metrów, czy koszary żołnierzy!

Z kolei żądanie demontażu czy zasłaniania kamer w nowoczesnym aucie to prosta droga do wywołania awarii systemów bezpieczeństwa. Przednie kamery to moduły zintegrowane z szybą pod lusterkiem, sterujące asystentem pasa ruchu i autonomicznym hamowaniem awaryjnym (AEB). Zaklejenie ich taśmą odcina najważniejsze systemy bezpieczeństwa czynnego, wyrzucając na desce rozdzielczej błędy krytyczne i głośne pikanie systemów pokładowych.

Przepis na gigantyczny paraliż

Wyobraźmy sobie listopadowy poranek na wąskiej ulicy Obornickiej. Jesienna słota, tłum ludzi ze zniczami, potężny ruch i posterunek wojskowy na bramie.

Żeby zweryfikować uprawnienia, warta musi zatrzymać każde auto, sprawdzić markę, zweryfikować rok produkcji w dowodzie rejestracyjnym lub odczytać z podszybia małe znaki numeru VIN. Przy kilkuset samochodach na godzinę oznacza to zator, który w kilkadziesiąt minut zablokuje dojazdy do mostów i sparaliżuje północną część Wrocławia. A kierowca odesłany z bramki będzie musiał zawracać w miejscu, w którym przy natężeniu ruchu w dniu Wszystkich Świętych (obok cmentarz!) jest to niemal niewykonalne.

Zamknąć bramę zamiast zgniłego kompromisu

I żeby nie było. Absolutnie nie neguję potrzeby ochrony obiektów wojskowych w trakcie trwania faktycznej wojny hybrydowej i pełnoskalowego konfliktu tuż za naszą wschodnią granicą. Nikt rozsądny tego nie kwestionuje. Wobec narastających zagrożeń hybrydowych i w zakresie cyberbezpieczeństwa dbałość o tajemnice jednostek inżynieryjnych i chemicznych jest w pełni uzasadniona. Współczesny samochód naszpikowany modemami 5G, kamerami dookólnymi i lidarem to w istocie mobilna stacja telemetryczna. Tyle iż w obliczu tego zagrożenia armia powinna zachować się jak armia, a nie tworzyć pozorowany teatr bezpieczeństwa.

Jeśli Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych rzeczywiście jest obiektem o tak krytycznym znaczeniu (a zakładam, iż tak), iż zagraża mu kamera cofania w kilkunastoletnim szwedzkim kombi, to rozwiązanie było jedno: zaryglować bramę jednostki na cztery spusty. Poinformować miasto, iż czasy się zmieniły, jednostka nie jest parkingiem buforowym, a cywile muszą korzystać z komunikacji miejskiej. To nie byłby kaprys wojska, tylko decyzja wynikająca z pragmatyzmu i obecnej sytuacji geopolitycznej, której jesteśmy świadkami.

Wybrano jednak zgniły kompromis. Zamiast realnej ochrony jednostki dostaniemy wojskowych sprawdzających dowody rejestracyjne cywilów, zaklejanie sonarów taśmą malarską i gwarantowany armagedon komunikacyjny. Bezpieczeństwa w tym nie ma żadnego – jest tylko biurokratyczna podkładka w teczce oficera dyżurnego. o ile jednostka wojskowa wymaga ochrony przed cywilnymi samochodami, to nie potrzebuje listy zakazanych marek. Potrzebuje zamkniętej bramy. Po prostu.

Jeśli artykuł Wojsko zakazuje wjazdu Volvo, bo to „chiński szpieg”. Zamiast cyberbezpieczeństwa dostaniemy paraliż pod cmentarzem nie wygląda prawidłowo w Twoim czytniku RSS, to zobacz go na iMagazine.

Idź do oryginalnego materiału