Maj to w „Motorze” sygnał, iż sezon biwakowy rusza na dobre. W numerze 19/1976 znajdziemy więc poradnik „Wybieramy namiot”, tekst o muzyce w samochodzie (kiedy radio pomaga, a kiedy przeszkadza) oraz praktyczne informacje na temat wskaźników samochodowych, z prostym testem dokładności szybkościomierza. Jest też typowo motoryzacyjna dyskusja o zawiasach pokrywy silnika, a na deser: ciekawostka o Nikim Laudzie i „Żółte Anioły” w węgierskim wydaniu – z flotą 120 Trabantów.
Z początkiem maja ruszał na dobre sezon turystyczny, a spędzanie czasu w plenerze cieszyło się wówczas ogromną popularnością. W „Motorze” nie brakowało więc informacji i przydatnych wskazówek mających ułatwiać kierowcom spędzanie wolnego czasu.

Dla tych często zmieniających miejsce postoju przygotowano poradnik dotyczący wyboru odpowiedniego namiotu. Na wstępie namioty podzielono na 4 podstawowe grupy, związane z przeznaczeniem danego namiotu.
- Dla turystyki pieszej (waga namiotu 2-3 kg)
- Rowerowo-kajakowej (6-7 kg)
- Motorowo-wędrownej (10-15 kg)
- Motorowo-pobytowej (18-30 kg)
W artykule skupiono się na grupie 3. i 4. Polecano warianty z tropikiem (lepiej utrzymuje temperaturę) oraz z wygodnym przedsionkiem, w którym można przyrządzać posiłki. W przypadku większych i bardziej skomplikowanych konstrukcji radzono, żeby przed wyjazdem na biwak rozstawić taki namiot na próbę, np. koło domu, i zapoznać się z instrukcją.

Muzyka w samochodzie

Radio w aucie w 1976 r. to już nie fanaberia: coraz częściej widać na drogach samochody z antenami „dłuższymi od pojazdów”, a program radiowy bywa na tyle atrakcyjny, iż aż kusi, by „radiofonizować” wszystko, co ma cztery koła. „Motor” od razu jednak stawia pytanie: czy muzyka pomaga w prowadzeniu, czy raczej przeszkadza — szczególnie w mieście, gdzie wysiłek kierowcy jest w dużej mierze „psychiczny”, a łatwo o rozproszenie.
Z jednej strony radio może być pożyteczne: ostrzegać o nagłych zmianach pogody, nieprzejezdnych odcinkach czy innych utrudnieniach. Z drugiej — muzyka (a zwłaszcza słowa) potrafi odciągnąć uwagę. Niepokój budziły sygnały od kierowców pojazdów uprzywilejowanych, którzy zgłaszali problem niezapewniania im wolnej drogi. Potwierdzali to m.in. naukowcy z RFN, którzy radzili nie korzystać z radioodbiorników samochodowych w czasie jazdy miejskiej. Wtedy zarówno muzyka, jak i słowo mówione w zbyt dużym stopniu odwraca uwagę od tego, co dzieje się na jezdni.
A przy większych prędkościach dochodzi jeszcze hałas. W tekście pada konkret z pomiarów: przy jeździe ok. 130 km/h i zamkniętych oknach, w połączeniu z muzyką robi się w kabinie tak głośno, iż lekarze zalecają kierowcom (zwłaszcza zawodowym) korzystanie z radia z przerwami. „Motor” dorzuca też psychologiczny wątek: szybkie, „mocne” rytmy mogą pobudzać i sprzyjać agresji, a z kolei łagodne granie bywa… kołysanką. Wniosek? Muzyka tak, ale nie za głośno, nie za długo i nie taka, która usypia.
Spór o klapę
W tym przypadku dyskusja toczyła się o to, czy zawiasy pokrywy silnika mają być umieszczone z przodu, czy z tyłu. Początkowo nie było problemów – zawiasy znajdowały się pośrodku i nie istniało niebezpieczeństwo nagłego otwarcia się klapy w czasie jazdy. Później standardem stało się stosowanie pokrywy z zawiasami na tylnej krawędzi, a konstruktorzy przekonali się, iż pokrywa może rzeczywiście przyjąć w czasie jazdy pozycję pionową i pojawiły się dodatkowe mechanizmy ryglujące.
Kolejną zmianą było zastosowanie klap z zawiasami na przedniej krawędzi. Ale tu też pojawiły się wątpliwości, bowiem tylna krawędź maski może podnieść się, a następnie pod wpływem siły uderzenia rozbić przednią szybę i zagrozić kierowcy, stąd też pojawienie się dodatkowych haków przytrzymujących klapę w bezpiecznej pozycji. w tej chwili takie rozwiązanie nie jest już stosowane, pokrywy silnika podnoszone są z przodu, ale dodatkowe zabezpieczenie przetrwało do dziś.

Wskaźniki

Parę słów o rzeczy oczywistej, ale łatwej do zlekceważenia: wskazania na zegarach mówią o kondycji auta i bezpieczeństwie jazdy – pod warunkiem, iż ktoś je w ogóle obserwuje. Za najważniejszy uznaje się wskaźnik ciśnienia oleju (jazda „bez olejenia” ma gwałtownie doprowadzić do zatarcia i zniszczenia silnika). Dużo uwagi poświęcono też temperaturze pracy: kierowcy boją się przegrzania, a tymczasem zbyt niska temperatura również szkodzi i zwiększa zużycie paliwa.
W praktycznych poradach pojawia się kilka „patentów z epoki”: nie czekać z tankowaniem do oparów (bo stacja CPN może akurat być nieczynna), ale też nie wozić kanistrów „na wszelki wypadek” – za to mała 5-litrowa banieczka w bagażniku może się przydać. Jest też instrukcja czytania lampki ładowania: po odpaleniu ma się świecić, a po zwiększeniu obrotów zgasnąć; jeżeli pali się podczas jazdy, auto jedzie „na akumulatorze” — w dzień i przy dobrej pogodzie da się dojechać dalej (np. bez radia), ale nocą lub w deszczu (światła, wycieraczki) bateria gwałtownie padnie. Na koniec – szybkościomierz: „na oko” nie warto oceniać prędkości, po długiej trasie łatwo się pomylić, a dokładność licznika można sprawdzić stoperem na odcinku 1 km i nawet… nakleić na tarczę własną skalę z „prawdziwymi” prędkościami.
Niki Lauda: ślub w sekrecie i pechowy „ciągnik ze spychaczem”

Coś dla fanów Formuły 1: Niki Lauda, lider cyklu, ożenił się w takim sekrecie, tak iż wiadomość wyszła na jaw dopiero po 3 tygodniach. Jego żoną została 26-letnia modelka Marlene Knaus, a ceremonia odbyła się w urzędzie stanu cywilnego w Wiener Neustadt. Całość miała przebiec w takim pośpiechu, iż Lauda choćby nie zdążył kupić krawata i musiał ratować się pożyczonym.
Na podróż poślubną nie było co liczyć: jeżeli Lauda nie ścigał się, to testował nowe Ferrari. Kilka dni po tych próbach wydarzył się wypadek, który mógł skończyć się tragicznie, choć tym razem chodziło nie o tor, ale o… budowę domu pod Salzburgiem. Lauda miał wypożyczyć ciągnik ze spychaczem do niwelowania terenu; podjechał pod złym kątem na pryzmę ziemi, a maszyna przewróciła się na bok. Udało mu się wyskoczyć, ale skończyło się dwoma złamanymi żebrami i potłuczeniami — a pod znakiem zapytania stanęły najbliższe starty w Grand Prix.
Żółte Anioły w węgierskim wydaniu
Dziś Żółte Anioły kojarzą się jednoznacznie – z mobilnymi mechanikami niemieckiego ADAC-u. W 1976 roku „Motor” opisał przygotowania do sezonu tak samo nazwanej i także świadczącej swoje usługi w żółtych kombinezonach i autach węgierskiej pomocy drogowej. Składało się na nią kilkuset fachowców, którzy do potrzebujących mieli dojeżdżać 120 Trabantami.


6 dni temu














