
Kupiłeś nowoczesne auto z Android Auto lub Apple CarPlay i codziennie szarpiesz się z kablem? Ja też to robiłem, dopóki nie kupiłem tego sprytnego pyrdka.
Kupujesz używane, ale całkiem świeże auto. Ekran na środku deski rozdzielczej jest większy, niż twój pierwszy telewizor. W specyfikacji dumnie pręży się napis: obsługa Android Auto i Apple CarPlay. Oddychasz z ulgą – w końcu koniec z fabryczną, archaiczną nawigacją, która nowej obwodnicy szuka w szczerym polu. Wsiadasz do wozu, odpalasz silnik, chcesz rzucić na ekran Mapy Google i… uderzasz głową w mur. Bo najpierw musisz wyciągnąć telefon z kieszeni i wpiąć go na kablu. Jak w 2012 roku. Czułem to samo, jednak odkryłem istnienie tego cudnego urządzenia. Dzięki niemu oszczędzam czas i nerwy.
Niepozorny dzyndzel, który zmienia wszystko
Wielu kierowców starszych aut żyje w przekonaniu, iż bezprzewodowe łączenie z ekranem to luksus zarezerwowany wyłącznie dla aut z rocznika 2023 i nowszych i codziennie rano pokornie sięgają po kabel. Tymczasem rynek akcesoriów zdążył ten problem wzorowo zaorać. Rozwiązaniem jest mały, niepozorny plastikowy klocek. Zamiast telefonu na stałe wpinasz w gniazdo USB samochodu niewielką kostkę wielkości pudełka zapałek. Możesz ją przykleić dwustronną taśmą w głębi podłokietnika i o niej zapomnieć.
Jak to działa? Genialnie w swojej prostocie. Samochód myśli, iż ma podłączony na kablu telefon. Tymczasem dongle to tylko pomost. Twój prawdziwy telefon leży sobie głęboko w kieszeni kurtki, plecaku czy w torebce i łączy się z tym adapterem całkowicie bezprzewodowo – przez Bluetooth i szybkie Wi-Fi.
Wsiadasz i dzieje się magia
Pierwszy raz, kiedy to konfigurujesz (co zajmuje jakieś 40 sekund), myślisz: ok, fajny gadżet. Ale drugiego dnia dociera do ciebie, iż to zmienia absolutnie wszystko. Wsiadasz do auta, telefon jest w kieszeni, odpalasz silnik, zapinasz pasy, wrzucasz bieg i zanim w ogóle zdążysz wyjechać z miejsca parkingowego, system multimedialny sam ożywa. Na ekranie lądują twoje ulubione widgety, włącza się Yanosik, a muzyka zaczyna grać dokładnie w tym momencie, w którym przerwałeś słuchanie wczoraj.
Nie wyciągasz telefonu. Nie szukasz kabla po omacku. Nie martwisz się, iż zaraz coś się rozłączy na progu zwalniającym. Parkujesz pod biurem, wyłączasz silnik, wysiadasz z wozu, a muzyka po prostu pauzuje w słuchawkach. To jest ten poziom wygody, od którego nie ma już powrotu. Nagle twój sześcioletni wóz dostaje funkcję, którą dealerzy w nowych autach dumnie wpisują do pakietów wyposażenia za dopłatą.
A co z baterią?
Jasne, żeby nie było tylko cukierkowo – to rozwiązanie pożera baterię telefonu szybciej, niż połączenie kablowe. W końcu telefon ciągle renderuje obraz i wysyła go po Wi-Fi. Ale przy codziennych dojazdach do pracy (20-30 minut w jedną stronę) ubytek kilku procent baterii w ogóle przecież tak naprawdę nie ma znaczenia.
A jeżeli jedziesz w trasę nad morze na 5 godzin? Wtedy i tak warto podłączyć telefon fizycznie, żeby go naładować, albo po prostu położyć go na fabryczną ładowarkę indukcyjną, jeżeli auto takową posiada. Cały sens dongla polega na tym, iż ratuje cię przed irytacją podczas tych dziesiątek krótkich, codziennych tras, kiedy wyciąganie kabla jest po prostu upierdliwe.
Jakie urządzenie wybrać? Rynek jest w tej chwili zasypany różnymi urządzeniami – są tańsze wynalazki z chińskich portali, są droższe modele uznanych marek z dedykowanymi aplikacjami do aktualizacji. Wystarczy wrzucić hasło na forum swojej marki auta i sprawdzić, co z danym radiem współpracuje najlepiej. Ja posiadam jeden z tańszych modeli z Aliexpress i jestem z niego bardzo zadowolony. O dokładnie taki.
Jeśli masz w aucie Android Auto albo Apple CarPlay na kablu, to przestań się męczyć. Zainwestuj w adapter. Gwarantuję ci, iż po trzech dniach spojrzysz na zwisający przy skrzyni biegów przewód i wyrzucisz go do schowka z poczuciem, iż właśnie wyszedłeś z technologicznej jaskini.












